Kiedy empatia staje się autodestrukcją.

Empatia ma dziś niemal status cnoty idealnej. Mówimy o niej w kontekście wychowania, relacji partnerskich, pracy zespołowej. Kojarzy się z uważnością, ciepłem i dojrzałością. W wielu narracjach psychologicznych pojawia się jako lekarstwo na konflikty i sposób na budowanie bliskości. Rzadziej mówi się o tym, że empatia, jeśli nie ma granic, może działać przeciwko nam i naszym relacjom.

Sama zdolność rozumienia drugiego człowieka nie jest problemem. Wręcz przeciwnie, to jedna z podstaw zdrowej komunikacji. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy rozumienie drugiej osoby staje się ważniejsze niż kontakt z własnym doświadczeniem. W takiej sytuacji empatia przestaje być relacyjna, a zaczyna być jednostronna. Jedna osoba nieustannie „czuje za dwoje”, podczas gdy druga może pozostać emocjonalnie bierna.

W wielu związkach można zauważyć ten schemat: ktoś tłumaczy zachowania partnera jego stresem, przeszłością albo trudnościami w radzeniu sobie z emocjami. Zamiast nazwać to, co jest dla niego bolesne, skupia się na tym, dlaczego druga osoba zachowuje się w określony sposób. Z czasem ta perspektywa zaczyna dominować. Własne granice przestają być wyraźne, a dyskomfort zostaje zagłuszony przez współczucie.

To, co bywa postrzegane jako wyrozumiałość, może w rzeczywistości oznaczać rezygnację z siebie. Empatia staje się wtedy mechanizmem, który pozwala nie widzieć tego, co trudne – nierówności w relacji, braku wzajemności, powtarzających się zranień.

Podobnie dzieje się w relacjach rodzinnych. Dorosłe osoby często z dużą wrażliwością opowiadają o swoich rodzicach, ich ograniczeniach i historii życia. Potrafią wiele zrozumieć i nazwać. Jednak czasami to rozumienie przykrywa coś istotnego, ich własne doświadczenie bycia zranionym. Można jednocześnie mieć w sobie empatię dla czyjejś przeszłości i uznać, że pewne zachowania były krzywdzące. Te dwie rzeczy nie wykluczają się, ale często jedna zastępuje drugą.

Zdarza się też, że empatia staje się sposobem unikania siebie. Łatwiej analizować emocje innych niż skonfrontować się z własnymi. Łatwiej tłumaczyć cudze zachowania niż zapytać siebie: „co ja właściwie czuję?” albo „na co się godzę?”. Wtedy empatia przestaje być mostem między ludźmi, a staje się formą oddalenia od samego siebie.

W relacjach, w których pojawiają się powtarzalne trudności, niedotrzymywanie słowa, brak zaangażowania, przekraczanie granic – nadmierna empatia może utrwalać problem. Jeśli każda sytuacja kończy się zrozumieniem i usprawiedliwieniem, druga strona nie ma powodu, by coś zmieniać. Brak konsekwencji sprawia, że schemat trwa.

Nie bez znaczenia jest też to, jak empatia wpływa na osobę, która ją przeżywa. Stałe wczuwanie się w innych potrafi być wyczerpujące. Człowiek zaczyna nosić nie tylko własne emocje, ale również cudze. Z czasem może pojawić się zmęczenie, przeciążenie, a nawet poczucie, że własne potrzeby gdzieś zniknęły.

Dlatego w dojrzałych relacjach nie chodzi o to, by być empatycznym bez końca. Chodzi o równowagę. O zdolność widzenia drugiej osoby bez tracenia kontaktu ze sobą. O umiejętność powiedzenia: „rozumiem, co przeżywasz” i jednocześnie „to jest dla mnie trudne” albo „to przekracza moje granice”.

Empatia, która nie uwzględnia nas samych, przestaje być relacyjna. Staje się jednostronnym wysiłkiem, który z czasem prowadzi do zmęczenia i frustracji.

Bo bliskość nie polega na tym, że jedna osoba zawsze rozumie, a druga zawsze jest rozumiana.

Czasem najbardziej uczciwą i paradoksalnie najbardziej empatyczną, odpowiedzią jest taka, która zawiera w sobie dwie perspektywy naraz:

Widzę, co czujesz. I widzę też siebie.