Moja droga z Reiki. Każdy kiedyś zaczynał.

O Reiki napisano już naprawdę wiele. Można znaleźć mnóstwo informacji o jego historii, zasadach, inicjacjach, symbolach, pracy z energią i o tym, jak wygląda praktyka. Nie chcę więc po raz kolejny opowiadać Ci tutaj, czym jest Reiki Usui ani tworzyć kolejnego poradnika na ten temat. Chciałabym spojrzeć na Reiki z zupełnie innej strony, z perspektywy osoby, która „kiedyś” po raz pierwszy zetknęła się z tą energią i dziś, wspominając swoje początki, patrzy na nie z ogromnym sentymentem, a czasami również z uśmiechem.

Kiedy zainteresowałam się Reiki, byłam przede wszystkim zafascynowana. Chciałam dotknąć tej energii, doświadczyć jej i przekonać się, co właściwie oznacza to wszystko, o czym czytałam i czego słuchałam. Byłam pełna otwartości i ciekawości, a jednocześnie miałam w sobie tę charakterystyczną dla początkującego potrzebę, żeby wiedzieć, że to, czego doświadczam, jest prawdziwe, że rzeczywiście jestem na właściwej drodze i że mogę zaufać temu, czego jeszcze wtedy nie potrafiłam do końca zrozumieć.

Moja pierwsza wiadomość od Wszechświata.

Po pierwszej inicjacji, na pierwszy stopień Reiki, byłam oczywiście podekscytowana. Z jednej strony właśnie wydarzyło się coś, na co długo czekałam, z drugiej byłam wręcz „nafaszerowana” teorią. Wiedziałam już sporo o samym narzędziu, o pracy w polu, o energii i o tym, czego mogę się spodziewać. I jak to często bywa na początku, głowa bardzo chciała mieć pewność, że wszystko rzeczywiście działa.

Pamiętam, jak podczas warsztatów zaczęłam więc zadawać Wszechświatu swoje małe pytania kontrolne. Dzisiaj wspominam je z ogromnym uśmiechem, ale wtedy traktowałam je całkiem poważnie. Pomyślałam sobie mniej więcej tak: skoro jestem we właściwym miejscu, skoro naprawdę mam podążać tą drogą, to chciałabym zobaczyć wiewiórkę.

Ot, taki mój prywatny test dla Wszechświata.

Nie minęło kilka minut, kiedy podczas części teoretycznej usłyszałam głos prowadzącej: „Zobaczcie, wiewiórka do nas przyszła”.

Pamiętam ciarki, które wtedy poczułam. Do dzisiaj, kiedy o tym myślę, wraca tamto pierwsze zdumienie. Dla mnie był to wtedy niemal spektakularny dowód, że jestem dokładnie tam, gdzie powinnam być.

Dziś patrzę na tę sytuację z ogromnym sentymentem i trochę się z siebie śmieję. Jak bardzo potrzebujemy czasami tych naszych małych „udowadniaczy”! Jak bardzo chcemy, żeby życie, Wszechświat, energia albo cokolwiek, w co w danym momencie wierzymy, dało nam znak, który powie: tak, dobrze wybrałaś, możesz iść dalej. I właściwie nie ma w tym nic złego.

Każdy początkujący potrzebuje potwierdzenia.

Każdy, a właściwie większość z nas, na początku swojej drogi potrzebuje jakiegoś potwierdzenia. Zanim nabierzemy własnego doświadczenia, zanim zaczniemy rozpoznawać subtelności i ufać temu, co czujemy, szukamy punktów odniesienia. Chcemy wiedzieć, że nie wymyślamy sobie tego wszystkiego, że nasze odczucia mają sens, że naprawdę coś się wydarza.

Można powiedzieć: ego. Tak, oczywiście. Ale ja dzisiaj powiedziałabym również, że to po prostu niepisane prawo nowicjusza. Potrzebujemy się upewnić, potrzebujemy poczuć, że stoimy na czymś stabilnym, potrzebujemy czasami zobaczyć tę symboliczną wiewiórkę, zanim odważymy się zaufać własnym doświadczeniom.

Jednym z takich doświadczeń, które bardzo mocno mnie wtedy ugruntowało, był jeden z moich pierwszych zabiegów Reiki. Podczas pracy z klientką poczułam wyraźny, bardzo intensywny przepływ energii w dwóch miejscach: w okolicy podbrzusza i lewej kostki. Pamiętam, że powiedziałam jej z pewną dozą niepewności: „Wiesz, nie wiem, czy to ważne, ale podczas zabiegu bardzo mocno płynęło mi w dwóch miejscach: podbrzuszu i lewej kostce”.

Nie mówiłam tego z przekonaniem, że właśnie odkryłam coś niezwykłego. Wręcz przeciwnie, zastanawiałam się, czy w ogóle powinnam o tym wspominać.

A ona odpowiedziała: „Wiesz, właśnie wróciłam z nart z zapaleniem pęcherza, a lewa kostka była w ubiegłym roku operowana”. Pamiętam swoje zaskoczenie…

Dzisiaj nie traktuję takich sytuacji jako czegoś, co ma być dowodem na wszystko. Nie potrzebuję już, żeby każde odczucie zostało natychmiast potwierdzone przez drugą osobę. Wtedy jednak było to dla mnie niezwykle ważne. Byłam na początku drogi i właśnie tego potrzebowałam. Potrzebowałam doświadczenia, które pozwoli mi trochę bardziej zaufać temu, co czuję, i trochę mniej przejmować się tym, czy robię wszystko „dobrze”. Tak właśnie zaczynała się moja droga z Reiki Usui.

Kiedy teoria zaczyna spotykać się z doświadczeniem.

Po drodze wydarzyło się oczywiście bardzo wiele. Były kolejne doświadczenia, kolejne sesje, kolejne pytania i odpowiedzi, ale również momenty, w których nie działo się nic spektakularnego. Z czasem coraz bardziej rozumiałam, że praktyka nie polega na nieustannym poszukiwaniu niezwykłych znaków ani na kolekcjonowaniu doświadczeń, które można komuś opowiedzieć jako dowód działania Reiki. Najważniejsze zaczyna dziać się wtedy, kiedy przestajemy tak bardzo potrzebować potwierdzenia z zewnątrz i zaczynamy poznawać własny sposób odczuwania, obserwowania i bycia w tej pracy.

Teoria jest potrzebna, szczególnie na początku, bo daje nam podstawy i poczucie bezpieczeństwa. Jednak dopiero praktyka zaczyna pokazywać, czym naprawdę jest własne doświadczenie. Z czasem uczymy się rozpoznawać to, co jest dla nas naturalne, przestajemy porównywać się z innymi i coraz mniej potrzebujemy odpowiedzi na pytanie, czy robimy wszystko właściwie. Zaczynamy po prostu być w tym, co się wydarza.

Dzisiaj jestem Mistrzem Reiki i z powodzeniem łączę tę metodę z innymi odłamami Reiki, które pojawiły się na mojej dalszej drodze. Reiki Usui pozostało jednak fundamentem, od którego wszystko się zaczęło. To tutaj nauczyłam się pierwszych kroków, tutaj przeżyłam swoje pierwsze zachwyty, pierwsze wątpliwości, pierwsze „testy” dla Wszechświata i pierwsze sytuacje, które pozwoliły mi zaufać temu, czego jeszcze wtedy nie umiałam nazwać.

Nie musisz od razu wiedzieć wszystkiego.

I właśnie dlatego, kiedy dziś spotykam osoby rozpoczynające swoją przygodę z Reiki, mam dla nich dużo czułości i cierpliwości. Doskonale pamiętam tę potrzebę upewnienia się, że wszystko jest w porządku. Pamiętam pytania: „Czy ja to dobrze czuję?”, „Czy to naprawdę działa?”, „Czy powinnam coś widzieć?”, „Czy powinnam coś poczuć?”, „Skąd mam wiedzieć, że robię to właściwie?”.

Nie ma jednej odpowiedzi na te pytania, bo każdy człowiek doświadcza Reiki trochę inaczej.

Dlatego jeśli właśnie zaczynasz, nie wymagaj od siebie, żebyś od pierwszego dnia wiedziała wszystko i potrafiła rozpoznać każdą subtelność. Nie porównuj swoich odczuć z tym, co opowiadają inni. Nie martw się, jeśli podczas pierwszych praktyk nie czujesz niczego spektakularnego. Nie potrzebujesz również natychmiastowych znaków z nieba, choć przyznaję, że czasami potrafią być bardzo miłe.

Każdy kiedyś zaczynał. Nikt nie rodzi się Mistrzem Reiki. Każdy z nas miał swój pierwszy raz, swoje pierwsze położenie dłoni, pierwsze zdziwienie, pierwsze pytania i swoje własne „wiewiórki”, których potrzebował, żeby uwierzyć, że może zaufać tej drodze.

Z czasem teoria zaczyna spotykać się z doświadczeniem, doświadczenie z uważnością, a uważność z coraz większym zaufaniem. I nagle okazuje się, że nie musisz już wszystkiego sprawdzać. Nie potrzebujesz kolejnego dowodu, ponieważ zaczynasz znać swoją praktykę, swoje odczucia i swój sposób pracy.

Moja droga zaczęła się od Reiki Usui.

A potem przychodzi moment, kiedy zauważasz, że droga, która kiedyś wydawała Ci się nowa i trochę tajemnicza, stała się po prostu częścią Twojego życia. Moja droga zaczęła się od Reiki Usui.

Później pojawiły się kolejne doświadczenia i kolejne systemy, między innymi Reiki Kundalini, a jeszcze później Reiki Imara. Każdy z nich wniósł do mojej praktyki coś innego i każdy otworzył przede mną kolejne pytania. Dzisiaj wiem, że nie muszę wybierać jednego systemu i zamykać się na pozostałe. Mogę czerpać z tego, czego nauczyłam się wcześniej, jednocześnie pozostając otwartą na kolejne doświadczenia i pozwalając, aby moja praktyka naturalnie się rozwijała.

O Reiki Kundalini, Reiki Imara i o tym, co pojawiło się na mojej drodze później, opowiem już w kolejnych tekstach.

Na początek chciałam Ci tylko powiedzieć jedno: jeżeli właśnie zaczynasz swoją przygodę z Reiki, pamiętaj, że nie musisz od razu być Mistrzem.

Pozwól sobie być początkującym. Pozwól sobie pytać, doświadczać, czasami wątpić, a czasami zachwycać się rzeczami, które dla kogoś innego mogłyby wydawać się zupełnie nieistotne. Być może potrzebujesz swojej wiewiórki, być może potrzebujesz kilku innych doświadczeń, a być może Twoje zaufanie przyjdzie zupełnie inaczej.

Bo być może kiedyś, wiele lat później, spojrzysz na swoje pierwsze kroki dokładnie tak jak ja dzisiaj i pomyślisz z uśmiechem:

„Jak bardzo wtedy potrzebowałam tej mojej wiewiórki”.