Wyparte emocje – kiedy ciało pamięta.

Czasem przychodzisz i mówisz:
„Nie wiem, co się ze mną dzieje… przecież wszystko jest okej”.

I kiedy zaczynamy się temu przyglądać, bardzo spokojnie, bez szukania szybkich odpowiedzi, często okazuje się, że wcale nie chodzi o to, co jest teraz.

Tylko o to, co kiedyś nie mogło się wydarzyć.

W procesie…

Siedzimy naprzeciwko siebie i słucham Twojej historii, która na pierwszy rzut oka brzmi zwyczajnie, bo jest w niej praca, codzienność, relacje, obowiązki i wszystko to, co składa się na „normalne życie”, a jednak pomiędzy tymi słowami pojawia się coś jeszcze, coś trudniejszego do uchwycenia, bardziej odczuwalnego niż opisywalnego.

Mówisz, że czujesz napięcie, które trudno rozluźnić, jakby ciało nie do końca chciało odpocząć nawet wtedy, kiedy nic się nie dzieje. Opowiadasz o niepokoju, który pojawia się bez wyraźnego powodu, o zmęczeniu, które nie mija tak, jak kiedyś, o reakcjach, które zaskakują nawet Ciebie samą, bo są silniejsze albo bardziej nagłe, niż się spodziewałaś.

I w pewnym momencie mówisz coś, co słyszę bardzo często:

„Ja taka nie jestem…”

I wtedy zatrzymujemy się przy tym zdaniu, bo ono zwykle prowadzi nas dalej niż cała reszta opowieści.

Bo bardzo często nie chodzi o to, jaka jesteś.

Chodzi raczej o to, ile z Ciebie przez długi czas nie miało przestrzeni, żeby się pojawić.

Zaczynamy się temu przyglądać głębiej, bardzo często wracamy do miejsc, które nie wyglądają jak „wielkie wydarzenia”, ale miały ogromne znaczenie dla tego, jak nauczyłaś się być ze sobą i ze swoimi emocjami.

To mogło być dorastanie w domu, w którym było dużo napięcia albo ciszy, w którym dorośli mieli swoje trudności i nie było miejsca na to, żeby ktoś zatrzymał się przy Twoim przeżywaniu. To mogły być sytuacje, w których coś czułaś bardzo wyraźnie, ale nie było możliwości, żeby to wyrazić albo żeby ktoś to zobaczył i uniósł razem z Tobą.

I wtedy, zupełnie naturalnie, zaczęłaś się dostosowywać.

Nie dlatego, że przestałaś czuć, ale dlatego, że nie było gdzie z tym pójść.

Zaczęłaś uczyć się, że pewne emocje lepiej zatrzymać, że złość może być zbyt trudna dla innych, że smutek nie zawsze spotka się z odpowiedzią, że czasem łatwiej jest być tą, która sobie radzi, niż tą, która potrzebuje.

To jest bardzo głęboki sposób ochrony relacji i siebie samej, który w tamtym czasie naprawdę miał sens.

I ja też to znam.

Ja też przez lata byłam bardzo dobra w tym, żeby „dawać sobie radę”: „wymagające” dzieciństwo, rozwód, utrata marzeń, śmierć partnera, mobbing, odrzucenie, straty… A ja prę do przodu, nie pozwalam sobie na „niszczące” (wówczas tak myślałam) emocje. Musze być… jakaś, dać radę, silna, odpowiedzialna, uśmiechnięta…. żeby iść dalej, nie zatrzymywać się zbyt długo przy tym, co trudne, żeby racjonalizować, tłumaczyć sobie, że przecież nic takiego się nie stało, że można było mieć gorzej, że trzeba być wdzięczną za to, co jest.

I to naprawdę działało.

Pozwalało funkcjonować, być tą, na której można polegać.

Tylko że z czasem zaczynałam czuć, że pod tym wszystkim jest coś jeszcze, coś, co nie znika tylko dlatego, że nie poświęcam temu uwagi.

Bo emocja, której nie można było przeżyć do końca, nie znika.

Ona nie rozpuszcza się w czasie i nie kończy tylko dlatego, że nauczyłaś się ją omijać.

Ona zostaje, ale nie zawsze w taki sposób, który łatwo rozpoznać.

Często wraca jako napięcie, które pojawia się w ciele w momentach, które wydają się „nieproporcjonalne”. Jako reakcja, która jest większa, niż sama sytuacja. Jako niepokój, który nie ma jednej konkretnej przyczyny, ale jest obecny, jakby coś w środku było cały czas w lekkiej gotowości.

Ciało pamięta momenty, w których coś zostało przerwane.

Pamięta emocje, które się pojawiły, ale nie mogły się dokończyć.

I nie robi tego przeciwko Tobie.

Raczej przechowuje to, czego wtedy nie dało się unieść.

Dlaczego teraz?       

Dlatego tak często pojawia się pytanie: „dlaczego teraz?”, zwłaszcza kiedy z zewnątrz wszystko wydaje się bardziej poukładane niż kiedyś.

I odpowiedź bardzo rzadko dotyczy samej teraźniejszości.

Częściej chodzi o to, że wcześniej byłaś w trybie radzenia sobie, dostosowania, przetrwania, w którym nie było przestrzeni na zatrzymanie się i czucie. A teraz, kiedy jest odrobinę więcej miejsca, kiedy nie trzeba już cały czas być w napięciu, to, co zostało kiedyś zatrzymane, zaczyna się powoli poruszać.

Nie dlatego, że coś się psuje.

Dlatego, że coś wreszcie może się wydarzyć.

Zmiana.

Widzę bardzo wyraźnie w pracy moment, w którym zaczyna się zmiana, i on nie ma nic wspólnego z „ogarnięciem się” ani zrozumieniem wszystkiego w głowie.

To jest moment, w którym po raz pierwszy naprawdę zatrzymujesz się przy sobie.

Nie uciekasz od tego, co się pojawia. Nie próbujesz tego szybko uspokoić, ani tłumaczć sobie, że „to bez sensu”.

Tylko zostajesz. Być może na chwilę, niepewnie…

Ale wystarczająco długo, żeby coś w Tobie zostało zauważone.

I to często jest pierwszy moment, w którym emocja, która kiedyś została zatrzymana, zaczyna mieć swoje miejsce.

Masz prawo czuć, to co czujesz.

To nie jest szybki proces i nie polega na tym, żeby wszystko nagle poczuć albo „mieć już za sobą”.

To jest raczej powolne wracanie do siebie, do swojego ciała, do swojego przeżywania, które przez długi czas było gdzieś obok.

W tej pracy korzystam czasem z metod takich jak Radykalne Wybaczanie Colina Tippinga czy The Work Byron Katie, które pomagają zobaczyć głębiej to, co się wydarzyło i jakie znaczenie zostało temu nadane.

Ale to, co naprawdę robi różnicę, dzieje się wcześniej i znacznie prościej.

W tym momencie, kiedy przestajesz od siebie odchodzić.

I może najważniejsze, co chcę Ci tu zostawić, jest bardzo proste.

To, co czujesz, nawet jeśli jest niewygodne, nawet jeśli trudne do zrozumienia, nie jest Twoim wrogiem.

Twoje ciało nie próbuje Cię zalać ani zniszczyć.

Ono bardzo konsekwentnie i cierpliwie przechowuje to, czego kiedyś nie mogłaś poczuć, i szuka momentu, w którym będzie to możliwe.

A kiedy zaczynasz się zatrzymywać i być przy sobie, nawet na chwilę, to właśnie wtedy zaczyna się coś, czego wcześniej nie było.

Prawdziwy kontakt, z sobą samą.